top of page

Temple stay, czyli dzień i noc w świątyni buddyjskiej

Zdjęcie autora: Katarzyna Skręt
Katarzyna Skręt
26 lip
4 minut(y) czytania

Kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg świątyni buddyjskiej, nie sądziłam, że będzie to początek zmian w moim życiu. Od tego momentu wydarzyło się wiele rzeczy, ale jedno pozostaje niezmienne – moje powroty do Korei i wizyty w świątyni.


Pisanie o miejscach kultu jest zawsze ryzykowne, ale ja postrzegam te konkretne, odwiedzone przeze mnie miejsca jako oazy spokoju. Każdy może do nich wejść, spędzić czas, medytować lub nie – nie ma przymusu. I może dlatego czuję się w nich bezpiecznie.


 

W środę, 3 czerwca, pojechałam do Busanu. Początkowo nie miałam tego w planach, przecież byłam już trzy razy, ale kiedy szukałam świątyni buddyjskiej oferującej temple stay, właśnie ta znajdująca się na zboczu góry Geumjeongsan – Beomeosa – najbardziej mnie przyciągnęła. Zdecydowałam się na to, zanim przyleciałam do Korei. I w ten sposób znowu znalazłam się w Busanie. Coś mnie tutaj ewidentnie przyciąga. Może ten spokój, o którym rozmawiałam z ludźmi w świątyni.


Beomeosa jest główną świątynią 14. dystryktu Zakonu Jogye buddyzmu koreańskiego, świątynią medytacji Seon (Zen). Jej historia sięga 1300 lat. Prowadzą do niej trzy bramy, a z miejsca naszego pobytu – Seon-Culture Training Center – idzie się tam około 30 minut pod górę. Jest to wyzwanie, które warto podjąć. I piszę to ja, która woli morze od gór.


Zanim tam pojechałam, znalazłam blog, na którym chłopak opisywał swój pobyt. W ten sposób mogłam sobie minimalnie wyobrazić, co mnie zastanie. Poza tym, że prawie się spóźniłam na check-in, bo stałam na złym przystanku, zastało mnie piękno, spokój i życzliwość. Od obsługi otrzymałam świątynny strój i pościel oraz klucz do pokoju, którego drzwi otwierały się na widok gór. Pokój był mały, ale czysty, z łazienką i klimatyzacją. Dzieliłam go z Anią, która przyjechała tutaj ze swoim operatorem, aby nagrać materiał o doświadczeniu temple stay.



Po wprowadzeniu do etykiety świątynnej zostaliśmy oprowadzeni i dowiedzieliśmy się najważniejszych rzeczy o tym miejscu. Można tam dojść wzdłuż ulicy lub leśną ścieżką, którą obraliśmy. Kompleks świątynny składa się z głównego budynku oraz tych poświęconych innym istotom oświeconym, jak i z części mieszkalnej mnichów.


O 18.30 mogliśmy wziąć udział w ceremonii wieczornej, która zaczyna się od bicia w bębny, a następnie przenosi się do głównej świątyni, gdzie rezydują przeszły, teraźniejszy i przyszły Budda. Dzięki temu, że nauczyliśmy się etykiety, mogliśmy uczestniczyć w pełni. Natomiast co najważniejsze, nie było przymusu. Później mieliśmy trzy godziny dla siebie, a o 22.00 szliśmy spać, aby wstać na poranną ceremonię o 4.30. W tej części wzięło udział zdecydowanie mniej osób. Kiedy szliśmy wzdłuż drogi, mijali nas ludzie, mówiąc „dzień dobry”, ale można było się też wsłuchać w absolutną ciszę. Kiedy dotarliśmy, odgłosy bębna rezonowały po dziedzińcu. Rozpoczęliśmy ceremonię w totalnej ciemności, a gdy wyszliśmy – świtało. Przywitał nas poranek w świątyni wypełnionej pieśnią, uderzeniami w moktak*, widokiem garstki ludzi, którzy przybyli tu, aby porozmawiać z bóstwami. Chłonęłam tę nieporównywalną z niczym atmosferę.


Witanie się z mnichami, rozmowy z ludźmi zarówno z Korei, jak i z zagranicy, otaczająca nas natura, spokój nocy i poranka, a potem żywa atmosfera świątyni – wszystko było zaskakująco harmonijne. Posiłki były proste, oparte na warzywach, bez mocnych przypraw (czosnku czy cebuli), całkiem smaczne i syte. Najbardziej wdzięczna byłam za owoce: na obiad chamoe (참외, czyt. ciamłe), czyli koreański melon, a na śniadanie jabłko.


Drogę do i ze świątyni pokonałam cztery razy w ciągu dwóch dni, więc powinnam mieć już nogi ze stali. Wyspałam się również na cienkim materacu. Na sam koniec każdy z nas nawlekł 108 koralików yeomju (염주), których używa się do modlitwy, medytacji i składania pokłonów. Dla mnie było to pierwsze medytacyjne doświadczenie.



Z Andrew z USA, który mieszkał już w Indiach, odwiedzał świątynie w Japonii i w Korei, poszliśmy do muzeum świątynnego. On opowiadał mi o swoich doświadczeniach, a ja dzieliłam się wiedzą o tradycyjnej kulturze koreańskiej. Myślę, że cały pobyt był właśnie o tym – o wymianie w szacunku do siebie nawzajem.


Busan jest właśnie takim miejscem – gdzie czuję się totalnie sobą, w harmonii z tym i z tymi, którzy mnie otaczają. Każda wizyta utwierdza mnie w przekonaniu, że tutaj ludzie są szczęśliwsi. Może dlatego, że mają morze. A może z innych powodów. Będę tu wracać, bo to miejsce mnie woła.


 

Świątynią, którą najczęściej odwiedzam, jest Bongeunsa, znajdująca się w sercu Gangnamu. Do Seulu przyleciałam 24 maja, w urodziny Buddy, ale odwiedziłam Go trzeciego dnia. Cały dzień zbierało się na deszcz. Poszłam do Narodowego Muzeum Korei, a po wyjściu zaczęło padać, ale nie zrobiło się chłodniej. Dopiero gdy dojechałam do świątyni, mogłam w normalnej temperaturze się przywitać. Po parasolce i policzkach spływają krople, synchronizują się z modlitwą mnichów dochodzącą z bliska. Budda, jak zawsze, ze spokojnie przymkniętymi powiekami mówi, że przecież będzie dobrze. Wracałam do tego miejsca niemal codziennie, gdy w zeszłym roku przeżywałam kryzys. Zamykałam oczy i siadałam na kamiennym murku przed Nim. Wtedy spływał na mnie spokój. Było to moje miejsce ucieczki, bezpieczne miejsce. Może dlatego popłynęły mi łzy. Bo w końcu mogłam mu to powiedzieć na żywo. Podzielić się wszystkim, co mnie spotkało przez ten czas. I zostawić to tam, w świątyni otoczonej przyrodą w centrum ogromnej dzielnicy. I wyjść z lżejszym sercem.


Piję herbatę z jujube w świątynnej herbaciarni, niebo ciemnieje, w wieżowcach palą się światła. Kolorowe lampiony oznaczają drogę. Wiem, gdzie mam iść, tylko czasem boję się zrobić pierwszy krok. Stopa za stopą. 계속계속**. Jakoś to będzie.

 

* Moktak to okrągły, drewniany instrument służący w buddyzmie do wybijania rytmu.

** (czyt. gesok gesok), oznacza: bez przerwy

 

Tekst powstał na podstawie moich zapisków z podróży.

Komentarze


  • Instagram

Grafiki użyte na stronie główej:

회소식을 부르는 그림, 호작도 (Bearer of good news, Hojakdo), minhwa, autor nieznany, reprodukcja na pocztówce

​

​국화 (Chrysanthemum), tusz i jasny kolor na jedwabiu, dynastia Joseon, Shin Myeongyeon (1809-1886), National Museum of Korea, reprodukcja na pocztówce

​

Obrazy i słowa na tej stronie mają swoje źródło – w większości w moim archiwum, chyba że zaznaczono inaczej. Uszanuj je i nie kopiuj bez zgody.

Sroka siedząca na tradycyjnym koreańskim naczyniu przypominającym kształtem księżyc w pełni, które ma wzór tygrysich pasków

 

© 2026 by Sroka i tygrys. Wszystkie prawa zastrzeżone.

 

bottom of page