Busan, 18 września 2023 roku


Dzisiaj miałam plan. Jako że spędzę w Busan niepełne 3 dni, chciałam doświadczyć jak najwięcej. I tu wielkie zaskoczenie, udało się. Chociaż nie obyło się bez paru błędów systemowych.
Wstałam dosyć wcześnie, gdyż wykupiłam testowo jedno śniadanie w hotelu. Kuchnia fusion typu bufet. Na mojej liście znalazło się pięć miejsc, oznaczonych numerami wg kolejności odwiedzin. Wszystko obliczone we współpracy z mapą Naver tak, aby trasa miała ręce i nogi. Najpierw metrem udałam się na Jagalchi, największy w Korei targ rybny. Przywitał mnie zapach morza.
Małym, zielonym i przepakowanym autobusem dojechałam do Gamcheon Culture Village, miejsca z bogatą historią, w którym codzienne życie mieszkańców łączy się z kulturą, sztuką i turystyką. Ma swoje typowe hot spoty, ale najciekawsze jest przeciskanie się przez wąskie i strome uliczki, zaglądanie do domów przez otwarte drzwi i uchylone okna, z szacunkiem dla wciąż mieszkających tam ludzi.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wsiadła do złego autobusu. Najpierw próbowałam porozumieć się z panią po koreańsku, jak dotrzeć na mój przystanek. Była na tyle uprzejma, że mi wytłumaczyła, ale to, że zrozumiałam, nie miało nic wspólnego z wdrożeniem planu w życie. Więc zamiast do parku Yongdusan wywiozło mnie do części industrialnej Busan, czegoś na kształt wybrzeża potentatów firm z mrożonymi owocami morza. Jednak udało mi się wrócić na właściwą trasę. Park znajduje się na górze Yongdusan (wysokość 49 metrów), która jest jednym z trzech sławnych busańskich wzgórz.
Większość gór usytuowanych w środku miasta ma schody, które okazały się znakiem rozpoznawczym nie tylko stolicy. Yongdusan zamieszkują przyjazne, lecz mocno niezainteresowane ludźmi koty.
Dalej udałam się na Oryukdo Skywalk, co oczywiście zajęło mi ponad godzinę z przesiadką i lekkim zawałem, że na mojej karcie Tmoney nie ma już żadnych pieniędzy i gdzie tu doładować, aż znalazłam stację metra, pozbyłam się z portfela 50 tysięcy i ruszyłam dalej. To zdecydowanie najpiękniejszy przystanek mojej dzisiejszej podróży. Widok na otwarte morze (w tym miejscu spotykają się morza Wschodnie i Południowe), statki, rybaków i grupę pięciu-sześciu wysp (w zależności od napływu fal, nazwa Oryukdo znaczy dosłownie pięć-sześć wysp). Nic mnie bardziej nie wycisza niż bycie blisko morza.
Dzień zakończyłam na kolejnej plaży, Gwangalli, która znajduje się na zachód od plaży Haeundae. Widać z niej Gwangan, drugi w kraju najdłuższy most wiszący, zaraz po tym w Incheon. I choć Gwangalli wydaje się lustrzanym odbiciem Haeundae, ma zupełnie inny klimat. Wydaje się o wiele bardziej spokojna i wyciszona (choć niedaleko toczy się bardzo głośne nocne życie). Co sobotę odbywają się nad nią pokazy dronów, a wnioskując z dzisiejszej obserwacji, codziennie ze statków puszczane są fajerwerki.
Początek tygodnia, godzina 19 z hakiem, a koreańskie życie dopiero nabiera tempa. Ludzie czytają książki, jedzą zamówione wcześniej posiłki lub te przygotowane na szybko w jednym ze sklepów po drugiej stronie ulicy, przechadzają się boso wzdłuż linii wody, biegają z psami na smyczach, siedzą wpatrzeni w fale lub telefony, albo zasłuchują się w piosenkach śpiewanych na żywo z improwizowanych scen na piasku. Będę tęsknić za tym rodzajem beztroski.





Komentarze