Jeju, 22 września 2023 roku
- Katarzyna Skręt

- 5 kwi
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 13 kwi

Jeju to wyspa nieskończoności.
Nieważne, jak wcześnie wstanę i wyjdę z hotelu. Nie ma to znaczenia wobec niezbadanych losów tutejszej komunikacji miejskiej. Dwie godziny z przesiadką i oczekiwaniem zajęło mi dotarcie do miejsca, które dla wielu jest popkulturową mekką, a dla innych krainą kampu. A dla jeszcze innych – rajem w kolorze różu. Jeju kryje w sobie wiele dziwnych i interesujących muzeów, a do dwóch z nich postanowiłam dziś pojechać. Trochę na zamówienie mojej siostry, a trochę dla własnej uciechy udałam się do Hello Kitty Island. Nie wiem, co napisać więcej, poza tym, że było różowo, w jakiś sposób nostalgicznie i że obudziłam siostrę, żeby mogła na żywo towarzyszyć mi w podróży przez tę wyspę wewnątrz wyspy.
Jeśli nie ma się ani prawa jazdy, ani samochodu, i trzeba polegać na transporcie publicznym, nie ma co za wiele planować. Nawet jeśli, to czas dotarcia z punktu A do punktu B jest boleśnie weryfikowany. Dojechałam jednak do wodospadów Cheonjeyeon (천제연폭포) w mieście Seogwipo (서귀포시) po drugiej stronie wyspy. Nie widziałam zbyt wielu wodospadów w życiu, ale ten (szczególnie drugi) okazał się szczególnie piękny. Czysta woda w różnych odcieniach, bujna, subtropikalna roślinność oraz ogromny most Seonimgyo (선임교) z wyrzeźbionymi legendarnymi nimfami, z jednej strony otoczony górami, z drugiej – widokiem na morze. Czułam się, jakbym rzeczywiście znajdowała się na granicy światów.
Na łeb, na szyję pognałam dalej, by zdążyć przed zamknięciem Citrus Museum (감귤박물관). Dotarłam i pocałowałam klamkę. Choć tak naprawdę pan ochroniarz typowym gestem skrzyżowanych rąk zakomunikował mi, że dalej nie pójdę. Nie zrozumiałam, czy dziś zamknięte, czy zamknięte na zawsze. Musiałam obejść się smakiem, dlatego z torebki wyciągnęłam zakupione wczoraj na targu Dongmun (동문재래시장) mandarynki. I tak poszłam wzdłuż ogrodów pełnych jeszcze zielonych owoców na przystanek autobusowy pośrodku nicości. Nicości, w której znalazł się jeden starszy pan, który poinformował mnie po angielsku, że nasz autobus nadjeżdża. I tak zajęło mi ponad dwie godziny, by z miasta Seogwipo przedostać się do miasta Jeju (제주시), przejeżdżając w okolicach góry Hallasan (한라산).
Wysiadłam dwa przystanki wcześniej, by zrobić sobie spacer wzdłuż wybrzeża. Odkąd przyjechałam, nie rozróżniam dni tygodnia. Okazało się, że jest piątek, więc zrozumiałe, że więcej ludzi spędza czas na świeżym (tu dosłownie) powietrzu. Choć Koreańczycy naprawdę lubią spacerować, biegać, siedzieć na macie i jeść na pewno bardzo smaczne rzeczy. I ja też usiadłam i przyglądałam się morzu. Światło z kutrów wędrowało miękko po falach. Rybacy zarzucali świecące na różne kolory przynęty, dzieci (po zmroku) bawiły się na placu zabaw. I tylko tych pięć krzeseł pozostawionych na bazaltowych skałach skupiło moją uwagę na dłużej. Pięć tronów dla pięciu królowych głębin. Codziennie nurkujących w poszukiwaniu skarbów morza.
Na Jeju czas dłuży się jak ostatnia minuta prania. Jednak żyję trochę w przyszłości, więc od 55 minut mam już 33 lata. Według czasu polskiego jestem jeszcze o rok młodsza. Wyszłam na balkon i wypiłam mandarynkowe makgeolli, patrząc na spokojne morze. Spokojne pierwszy raz od przyjazdu. Na zdrowie.



































Komentarze