top of page

Patrząc na (nie)widzialne – o przeglądzie obrazów filmowych z Korei Południowej

  • Zdjęcie autora: Katarzyna Skręt
    Katarzyna Skręt
  • 23 kwi
  • 7 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 24 kwi


O wydarzeniu „Patrząc na niewidzialne. Przegląd obrazów filmowych z Korei Południowej” dowiedziałam się z Instagrama National Museum of Modern and Contemporary Art w Seulu na dwa tygodnie przed jego rozpoczęciem. Tego dnia dosłownie przegrzebałam każdy zakątek polskiego i koreańskiego internetu, żeby dowiedzieć się szczegółów, ale skończyło się na frustracji. Kiedy w końcu Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie ogłosiło program przeglądu, dosłownie rzuciłam się na bilety, które nie były w cenach zaporowych (5 złotych za udział w jednym z bloków; było ich sześć). Dodatkowo można było doświadczyć instalacji VR Hayoun Kwon oraz wziąć udział w performansie „Wędrujące ciało” Song Joowon (o którym piszę tutaj). Była to pierwsza taka współpraca obu placówek, ale z pewnością – jak zapewniają organizatorzy – nie ostatnia. Co bardzo mnie cieszy, ponieważ zawsze odwiedzam MMCA, kiedy jestem w Seulu. Ostatni weekend marca spędziłam zarówno w pociągu do/z Warszawy, jak i w Kinomuzeum, w którym odbywały się seanse i rozmowy z twórczyniami, których prace były prezentowane. 


Jak wspomniałam, „Patrząc na niewidzialne” było podzielone na sześć bloków tematycznych: 

1. Wczesne koreańskie prace filmowe i wideo, 

2. Wczesne koreańskie prace filmowe i wideo: KIM Soungui, 

3. Współczesne motywy koreańskie: historia, natura, państwo,

4. Współczesne motywy koreańskie: kapitalizm i praca, 

5. Współczesne motywy koreańskie: środki masowego przekazu, gry, nowe media,

6. Współczesne motywy koreańskie: ekologia, technologia, wspólnota.


Już w tym podziale widać przemyślany plan prezentacji: od rzadko pokazywanych dzieł z lat 60., 70. i 80. ubiegłego wieku po współczesne przejawy wideo-artu i wykorzystywania nowych mediów (w tym sztucznej inteligencji) w sztuce. Dzieła te pokazywane były w przestrzeni kinowej, co dodało nową warstwę odbiorczą. Zdarza się, że w muzeum ciężko mi skupić uwagę na kilkunastominutowej instalacji filmowej, a tutaj otrzymałam szansę fokusu wyłącznie na wybranej pracy. Dzięki temu mogłam ponownie, ale tym razem od początku do końca, obejrzeć film Kim Kulima (którego poznałam kilka lat temu jako malarza, dzięki zapierającej dech serii obrazów „Death of Sun”) – „Meaning of 1/24” z 1969. Tytułowe znaczenie 1/24 sekundy, czyli dwudziestu czterech klatek przypadających na sekundę nagrania, oddaje rosnące tempo uprzemysłowienia Korei Południowej. W mgnieniu oka zwyczajne codzienne sceny umykają, przenikają, kontrastują ze sobą. Kim Kulim zestawia obrazy na zasadzie kontrastu, budując przy tym napięcie bez użycia dźwięku. Kolor z czernią i bielą, dynamikę z powolnością. Nie ma tutaj konkretnej historii, jest tygiel tak nam dziś dobrze znany, że aż trudno uwierzyć, że praca powstała pod koniec lat 60. Widzimy Seul pomiędzy starym a nowym, w momencie przejścia. To swego rodzaju diagnoza tamtego okresu, ale też wizja przyszłości, która się sprawdziła. 


Lee Kangso, „Painting-78-1 (1978)”, 29’25, kolekcja MMCA
Lee Kangso, „Painting-78-1 (1978)”, 29’25, kolekcja MMCA

W pierwszym bloku pokazano cztery prace i pomimo mojej miłości do Kim Kulima, najbardziej rezonowało ze mną „Painting-78-1” Lee Kangso – wideo z 1978 roku, trwające niemal pół godziny. Artysta ograniczył ramy naszej percepcji. W obrębie ekranu widać wyłącznie część jego ciała, tors oraz dłoń przedłużoną o pędzel. Śledzimy jego spokojne, niemal medytacyjne ruchy. Lee Kangso metodycznie zapełnia przestrzeń ekranu kolorami, aż zniknie nam z oczu. Nie jest to jednak bezmyślne, chaotyczne używanie pędzla i farby. To, co dla mnie było najbardziej satysfakcjonujące, to odgadywanie intencji dłoni. Z tego powodu myślę o tym dziele jako obustronnej medytacji; synchronizacji mojej percepcji z jego ruchami. Jeśli pamięć mnie nie myli, ekran zapełnił się – po kolei – sześciokrotnie. Poziome pasy bieli, pionowe pasy czerwieni, kolor pomarańczowy poruszał się po prostokątnej formie od zewnątrz do wewnątrz. Niebieskie przerywane linie, niczym szlaczki kreślone w zeszycie. Czerń stawiana na ukos. Zielona kratka niczym koc piknikowy. Performans ten kończył pierwszy rozdział programu i przyniósł mi wiele spokoju. 


Radość tworzenia


Drugi blok poświęcony został twórczości artystki Kim Soungui, która po ukończeniu studiów na Narodowym Uniwersytecie Seulskim na początku lat 70., przeniosła się do Francji. Pracą, która najbardziej ze mną rezonowała, była „Sytuacja plastyczna I-III”, w której artystka połączyła sztukę z przestrzenią zewnętrzną, zapraszając ludzi do współtworzenia. Kim Soungui bazowała na wolności i przypadku – dając ogłoszenie do gazety, nigdy nie wiedziała, ile osób zechce wziąć udział w działaniu. Kiedy zadałam jej pytanie, czy jej performanse były „pracami dla miejsca”, odparła, że nie. Tworząc, nie myśli o konkretnym miejscu czy ludziach. Skupia się na pracy z ludźmi – tu i teraz, a nie na ostatecznym efekcie. Mimo to bliska jest jej sztuka konceptualna. Jedno nie musi wykluczać drugiego, ale w zapisie wideo jej prac najbardziej urzekła mnie bijąca z ekranu radość i energia. Właśnie bycie w przestrzeni z innymi ludźmi, tworzenie jako forma zabawy wydają mi się fundamentalne dla jej prac z lat 70. Kim Soungui przyznała, że to, co tworzyła w nocy, następnego dnia było już inne, ponieważ przyroda oddziaływała na jej sztukę. Wspólne przygotowywanie kolorowych materiałów do wieszania na drzewach, tworzenie i wypuszczanie latawców czy białych lampionów z powiewającym pasem materiału. Efekt wizualny jest zadowalający, ale to wolność i radość tworzenia stanowią prawdziwą wartość. 


Zwykle nie zadaję pytań publicznie, chyba że absolutnie mnie coś nurtuje – wtedy odczuwam w ciele przemożną potrzebę wyciągnięcia słów na wierzch. Zadając pytanie, które de facto pytaniem nie było, a raczej refleksją na temat ostatniego performansu z serii „Sytuacja plastyczna”, otrzymałam również wyczerpującą odpowiedź. Patrząc na unoszące się nad wodą wielkie białe balony-lampiony oraz przyczepiony do nich biały materiał, pomyślałam o podobnych do nich lampionach ze świątyń buddyjskich, wieszanych dla ludzi, którzy odeszli. Artystka przygotowując ten performans nie miała takiej intencji, ale podziękowała za tę myśl. I ja sobie też podziękowałam, bo to, w jaki sposób odbieramy sztukę, nie zawsze ma przełożenie na myśl twórcy. Nie znaczy to, że nasza interpretacja i odczucia są błędne. Są po prostu nasze – ściśle powiązane z naszą wrażliwością, kompetencjami odbiorczymi, zainteresowaniami, kontekstem kulturowym, społecznym, politycznym. Te wszystkie czynniki wpływają na nasz odbiór sztuki, a jak wiadomo, w sztuce nie ma jednej odpowiedzi. 


Oddawanie głosu


W bloku poświęconym artystce Cha Jaemin pokazano trzy filmy: „Chroma-key and Labyrinth” (2013), „Nameless Syndrome” (2022) oraz „Photosynthesizing Dead in Warehouse”. 


W pierwszym z nich zestawia dwa rodzaje ruchów rąk – dłonie montujące kable oraz dłonie w tym samym ruchu, ale wyjęte z kontekstu pracy. Cha Jaemin poddaje refleksji znaczenie pracy i tego, czy da się ją odizolować od osobowości w taki sposób, aby kontrolować ją w celu produktywności. Ja natomiast widziałam tam niesamowitą precyzję i zdolności manualne bohatera filmu, który z widocznym doświadczeniem montuje kable na wysokości. Znajduje się w swoim świecie, a po wyjęciu go z tego środowiska (używając do tego tytułowego chroma key, czyli green screena) naturalny ruch zaczyna przypominać działanie performatywne. Dostrzegam w tym filmie jeszcze inny aspekt – miasta jako niekończącego się labiryntu. Bohater porusza się po wąskich uliczkach starszej części miasta, rozwijając elektryczny kabel. Przypomina przy tym Ariadnę wędrującą przez labirynt Minotaura. Nie tylko ruchy jego dłoni są hipnotyzujące, lecz również podróż znaczona grubą nicią. Ostatecznie udaje mu się wyjść, zostawiając pracę za sobą. 


W „Photosynthesizing Dead in Warehouse” porusza temat kusōzu, czyli serii obrazów stanowiących dziewięciostopniowe studium rozkładu ludzkiego ciała. Cha Jaemin odwraca sytuację i w przestrzeni domu będącego w stanie remontu przygląda się owocom i warzywom – ich powolnemu umieraniu i odradzaniu się w nowej formie. Obserwując kolejne stadia rozkładu, przysłuchujemy się odpowiedziom na jej listy skierowane do Hikaru Shimury. Z kontekstu wiemy, czego dotyczą ich rozmowy, ale brak głosu autorki jest silnym manifestem. Wybiera inną formę komunikacji z odbiorcą. Pozwalając nam na kontemplację nad znaczeniem życia i śmierci w kontrolowanym środowisku, również w kontekście kusōzu, daje nam możliwość doświadczenia ciszy i pustki. Na końcu zostawia nas z bogatą bibliografią – szansą na zgłębienie tematu w dogodnym dla nas momencie. 


Cha Jeamin, „Chroma-key and Labyrinth” (2013), 15’15”, kolekcja MMCA; fragment 3-minutowy

W rozmowie po pokazach poruszyła również ważny wątek swoich filmów, na przykładzie pracy „Hospital”. Mówiła o podobieństwach między szpitalem a galerią sztuki. Oba miejsca pomagają nam w procesie dochodzenia do siebie, zdrowienia. Te przestrzenie, nazywane przez nią „zjadaczami czasu” – poczekalnie szpitali, dworce, biura pośrednictwa pracy – można wypełnić ruchomym obrazem. Nie-miejsca bytujące w przestrzeni „pomiędzy”. 


Wspólnota w pieśni


Podczas przeglądu można było zobaczyć kilka krótkich filmów kolektywu ikkibawiKrrr. „Seaweed Story” (2022) przedstawia pieśń „Jeju Arirang” w wykonaniu chóru Haenyeo ze wsi Hado na wyspie Jeju. To właśnie w tym miejscu w połowie XX wieku narodził się Jeju Haenyeo Anti-Japanese Movement. Na bazaltowych skałach stoją kobiety morza ubrane w swoje normalne ubrania, ale w grupie wyróżniają się dwie: jedna w obecnym stroju do nurkowania, druga – w tradycyjnym. Kolektyw daje im przestrzeń na zaistnienie w pieśni. „Na ciemnej, czarnej ziemi my promieniejemy, połyskujemy” – śpiewają kobiety. Podczas tego przeglądu żadna praca nie poruszyła mnie tak do łez. Wystarczy wsłuchać się w słowa, przyjrzeć ich twarzom, poczuć morską bryzę i przyjąć ich opowieść do serca. Ta wariacja „Arirang” niesie w sobie jeszcze więcej smutku, ale też nadziei – na ponowne spotkanie. 


Pieśń „Jeju Arirang” w wykonaniu Chóru Hado Haenyeo

Rozszerzanie rzeczywistości


Artystka Jeong Yeoreum w filmie „Graeae: A Stationed Idea” zabiera nas w przestrzeń niedostępną – do zamkniętej już amerykańskiej bazy wojskowej w Yongsan w Seulu. Zabiera dzięki AR, rozszerzonej rzeczywistości (Augmented Reality). I robi to w najbardziej błyskotliwy sposób, bo za pomocą gry Pokémon GO. Jako osoba, która sama łapie pokemony w przestrzeni miasta, jednocześnie rozumiałam mechanizm, ale byłam zaskoczona łatwością przeskoczenia fizycznych zabezpieczeń. Jeong Yeoreum przeprowadza nas zarówno przez historię obecności amerykańskich baz wojskowych w Korei, jak i przez PokéSpoty – miejsca specjalnie oznaczone w aplikacji przez jej użytkowników, w tym przypadku żołnierzy tam stacjonujących. Zdjęcia i opisy pokazują nie tylko fragmenty przestrzeni niedostępnej, ale także znaczenie wyróżnionych miejsc dla tych osób. Przy okazji przyglądamy się amerykańskiemu mikrokosmosowi w Korei, próbie przeniesienia realiów na obcą ziemię. 


Kwon Hayoun, „489 Years”, 2015, 11min. 7sec., kolekcja MMCA
Kwon Hayoun, „489 Years”, 2015, 11min. 7sec., kolekcja MMCA

W ostatni dzień przeglądu, we foyer Kinomuzeum doświadczyłam instalacji VR „489 lat” autorstwa Hayoun Kwon, artystki multimedialnej i reżyserki filmów dokumentalnych. Usiadłam na obrotowym krześle, na głowę nałożono mi gogle i przeniosłam się do DMZ – strefy zdemilitaryzowanej na granicy obu Korei. Nie była to moja pierwsza wizyta, a trzecia, jednak tym razem dzięki artystce mogłam wejść w przestrzenie nieprzeznaczone dla zwykłego śmiertelnika. Będąc nadal w swoim ciele, duszą weszłam w niemal oniryczną wizję żołnierza, który przemieszczając się po górskich, zalesionych terenach wojskowych, prowadził mnie przez miejsca niedostępne dla ludzi – dzięki czemu odzyskane przez naturę. Czułam, że fizycznie tam jestem, że muszę być czujna i patrzeć nie tylko przed siebie – nie byłam sama. Jednocześnie byłam sobą i rezydowałam w jego wirtualnej cielesności, gdzieś pomiędzy jaźniami. Jego niepokój był moim niepokojem. Kwiaty niczym nie różniły się od min. Każdy krok mógł być moim ostatnim. A jednak mimo to poczułam ogromną rozpacz, patrząc, jak ogień rozprzestrzenia się po wzgórzach. Drzewa zarażają się tą gorejącą chorobą, której nie da się powstrzymać. Nic nie mogłam zrobić. To immersyjne doświadczenie świetnie oddaje liminalność strefy zdemilitaryzowanej – miejsca neutralnego, a jednak będącego w ciągłym napięciu i gotowości. Miejsca, które paradoksalnie powróciło do natury. 


Tytuł instalacji nawiązuje do fragmentu raportu Ministerstwa Obrony Korei Południowej, według którego „proces odminowania kraju zajmie 489 lat”.



Współpraca między MMCA i MSN zaowocowała niezwykłym projektem, przybliżającym polskim widzom prace filmowe, wideo-art i działania performatywne koreańskich twórców na przestrzeni lat. Mam nadzieję, że te wspólne starania będą kontynuowane i któregoś dnia w Seulu zobaczę przegląd prac polskich artystów.  



Program „Patrząc na niewidzialne. Przegląd obrazów filmowych z Korei Południowej” powstał w dialogu pomiędzy kuratorką MMCA w Seulu, Soojung Yi, i kuratorem MSN, Sebastianem Cichockim. Jest zapowiedzią wymiany programowej między MMCA i MSN, we współpracy z Instytutem Adama Mickiewicza w kolejnych latach.

27-29 marca 2026 roku


Komentarze


  • Instagram

Grafiki użyte na stronie główej:

회소식을 부르는 그림, 호작도 (Bearer of good news, Hojakdo), minhwa, autor nieznany, reprodukcja na pocztówce

​국화 (Chrysanthemum), tusz i jasny kolor na jedwabiu, dynastia Joseon, Shin Myeongyeon (1809-1886), National Museum of Korea, reprodukcja na pocztówce

Obrazy i słowa na tej stronie mają swoje źródło – w większości w moim archiwum, chyba że zaznaczono inaczej. Uszanuj je i nie kopiuj bez zgody.

Sroka siedząca na tradycyjnym koreańskim naczyniu przypominającym kształtem księżyc w pełni, które ma wzór tygrysich pasków

 

© 2026 by Sroka i tygrys. Wszystkie prawa zastrzeżone.

 

bottom of page